Nie dość słów by opisać VI Spotkanie Listopadowe "Listobranie 2010". Aby oddać klimat, atmosferę imprezy, wszystkich dostrzec, nikogo nie pominąć, nie urazić. Pierwszy uczestnik spotkania - Renia - dojechała nie bez przygód, w piątek, 5 listopada. Dwa dni póĄniej Marzena, a pozostali uczestnicy w środę (większość), w czwartek, piątek i ostatni w sobotę rano - Lenka z Honzą i Tereską oraz Jarek.
Było nas dużo - 42 osoby. Zastanawiającym jest fakt, że więcej uczestników gromadzi spotkanie listopadowe niż majowe. Zastanawiającym, bo przecież w listopadzie spotykamy się do pracy - wprawdzie nie tylko, ale jednak... Kilka osób nie dojechało, bo przeszkody okazały się nie do pokonania, ale i tak część uczestników musiała zostać zakwaterowana w "Chatce Puchatka". Zdawałem sobie sprawę, że trochę to utrudni zabawę i integrację, ale kto chciał to "wybawił się" do woli.
Z reguły pogoda w listopadzie nie jest najgorsza, ale tym razem aura przeszła samą siebie. Była to rekompensata dla uczestników V Jubileuszowego Spotkania u Wiecha za brzydki, mokry i zimny maj.
Spotkania w "Jodle", jak zauważyłem już wcześniej, żyją swoim życiem, są okazją do spotkania się ze mną, ale również z innymi współuczestnikami. Tak było i w tym roku. Miałem jednak tremę, bo zaprosiłem (lub pozwoliłem zaprosić) na imprezę sporą grupkę moich znajomych - nie znanych uczestnikom tych dwóch imprez - którzy bardzo chcieli do nas dołączyć. Okazało się, że i nowi, i starzy, i w zabawie, i w pracy sprawdzili się wyśmienicie. I, że nie wiek, a odpowiednie nastawienie i otwartość na ludzi jest kluczem do budowania właściwych relacji. Oczywiście, że atmosfera imprezy nie dała się porównać z I Spotkaniem Listopadowym, spędzonym w kameralnym 12-osobowym wspaniałym gronie, ale większość uczestników tegorocznego spotkania odnalazła się w tak dużej grupie. Szkoda, że zabrakło kilku stałych uczestników spotkań - byłem przygotowany również na ich przyjęcie. Ale niestety nie wszystko daje się zaplanować.
Przygotowania do przyjęcia takiej dużej grupy zmusiły mnie do nieco innego podejścia do spraw logistycznych. Staranniejszego zaplanowania programu pobytu, rozwiązania kwestii wyżywienia, zaplanowania frontu robót. Zostały wprowadzone, niczym na porządnym obozie harcerskim, służby w kuchni, trzeba było zarządzić "zrzutę" na część wyżywienia. Służby sprawdziły w 100%, jedna ekipa dyżurna zadbała również o estetykę obsługujących, czyli tzw. strawę duchową. Poszło mniej jedzenia, bowiem biesiadnicy (płci męskiej) gapili się na dziewczyny, a talerze stały puste... Może dobrze, że panowie dyżurni również nie poszli za przykładem dziewczyn...Zmiana organizacji wyżywienia nie spowodowała rezygnacji z "Jodłowych" tradycji - mieliśmy okazję popróbować "żeberek w miodzie" autorstwa Kamili, był "strogonow" - Grażynki, pierogi - Aśki, pyszne kurczaki z Piotrkowa, Radomska i Człopy, wspaniałe regionalne wędliny oraz tradycyjnie "bigos", krupnik, kwaśnica na żeberkach i "żurek gazdy" na opieńkach z "psiego lasu".
Nie wspomnę już o autorskich nalewkach uczestników imprezy, bo aż żal bierze, że to już po. Opowiadając o "listobraniowych" kulinariach muszę wspomnieć o Andrzejowej "zupie meksykańskiej", która w sobotę, w przerwie śniadaniowej, zarządzonej w połowie pracy, poszła jak świeże bułeczki - niektórzy dwukrotnie wracali po dokładkę oraz o rewelacyjnej sałatce Haliny pałaszowanej podczas sobotniej wycieczki.
W środę, po owacyjnych powitaniach wieczór spędziliśmy przy złocistym napoju przeważnie z Tychów lub Cieszyna oraz gitarze i piosence. Wieczór skończył się nad ranem, co nie przeszkodziło nikomu(!) by po śniadaniu ruszyć na zaplanowaną wycieczkę.
Była Czantoria (niektórzy zdobyli ją od strony Tułu - czarnym szlakiem przez Małą Czantorię), przeł. Beskidek, Soszów. A wieczorem znów spotkaliśmy się na stołówce. Tym razem tradycyjny program wzbogaciły zabawy prowadzone przez Monisię. I tak dobiegł końca czwartek.
Piątkowe przedpołudnie grupy i podgrupki zgodnie z programem realizowały swoje zadania, a o 17.00 spotkaliśmy się na oficjalnym rozpoczęciu imprezy. Nie wszyscy wykazali się umiejętnością czytania ze zrozumieniem tekstu i 30 minut niestety czekaliśmy na spóĄnialskich. Wreszcie powiedziane zostało tradycyjne - "witam Was wszystkich... itd", Anka odczytała "Pamiętnik Gazdy", tradycyjna kolacja z różnymi specjałami i wreszcie o 19.00 Walne Zgromadzenie "Klubu po Jodłą". Zgodnie z Regulaminem tego powstałego podczas V Spotkania u Wiecha nieformalnego związku, spotkali się członkowie-założyciele KPJ, aby podyskutować nad zmianami w Regulaminie.
Że zmiany są niezbędne nikt nie miał wątpliwości - groziła nam, bowiem organizacja o nieograniczonej liczbie członków, co nie byłoby wskazane. Po burzliwej dyskusji wprowadzone zostały zmiany, które weszły w życie z chwilą zakończenia "Listobrania 2010" i obowiązują do następnego spotkania za rok.
Tekst nowego Regulaminu dostępny jest w zakładce "Spotkania u Wiecha".
Sobotni poranek nie każdy rozpoczął śniadaniem (nie było w końcu obowiązkowe), ale o godz. 9.00 wszyscy zameldowali gotowość do pracy. Krótki instruktarz dla brygadzistów i zaczęło się - 39 osób oraz trzy psy ruszyli do "boju". W tzw. międzyczasie pożegnaliśmy jeszcze Kaśkę-Monikę, Elizkę i Piotrka, którzy niestety musieli już wracać do Szczecina i Wałcza - swoje prace wykonali w piątek (Piotrek nawet zdecydowanie ponad plan), ale było nam szkoda, bo cała sobota zapowiadała się niezwykle atrakcyjnie.
A tymczasem wrzała praca: grabienie, rąbanie drewna, mycie okien, gruntowne sprzątanie kuchni, trzepanie koców, pranie i wieszanie firan, prasowanie, szycie, czyszczenie rynien, przesadzanie drzew, sprzątanie lasu i palenie gałęzi. Do przerwy na gorącą "meksykańską zupę" i piwo w warunkach polowych, wykonanych było około 60% zaplanowanych prac. Były, więc przesłanki, że skończymy robotę wcześniej, i wcześniej też ruszymy na wycieczkę... A pogoda była... rewelacja!
O godz. 13.40 umyci, przebrani ruszyliśmy kawalkadą 10 samochodów do Jaworzynki. Naszym celem był trójstyk, malowniczy przysiółek w gminie Istebna, miejsce, w którym na tzw. Trzycatku, spotykają się trzy granice: Polski, Słowacji i Czech. Wspaniale zagospodarowane miejsce wyposażone w dwie zadaszone ogromne wiaty z miejscami na ognisko urzekło wszystkich swoim klimatem. Szybko rozpaliliśmy ognisko, w ruch poszły przywiezione z "Jodły" rożna, kiełbaski, wspominana już sałatka Haliny, piwo i gitara. A kierowcy niestety musieli potrenować silną wolę.
Zmierzchało już, gdy ruszyliśmy w powrotną drogę, kolejnym etapem był sklep "góralski" przy bacówce w Koniakowie" i wreszcie na finał "Chata Kawuloka" - izba regionalna w drewnianej chacie rodziny Kawuloków z 1863 r. Ciekawa ekspozycja, pokaz instrumentów pasterskich i opowieść w miejscowej gwarze, niezwykle błyskotliwego, młodego przewodnika wręcz rzuciły nas na kolana. To był prawdziwie imponujący finał. Nie mogła nawet z nim konkurować wspaniała kolacja z bigosem, piwem i winogronówką, na które to napoje cały dzień czekali kierowcy.
W niedzielę pożegnalne śniadanie rozpoczęło się o 10.00. Typowa atmosfera wyjazdowa, pamiątkowa fotka, pośpieszne pakowanie, ostatnie deklaracje członkowskie do KPJ, fotki do legitymacji, uściski, życzenia "szerokiej drogi", prośby o informacje o dotarciu do domu, i już po... Około godz. 13.00 w "Jodle" została tylko garstka osób, które zaplanowały imprezę do poniedziałku - Dana i Miro, Lenka, Marzena, Honza, Jarek i oczywiście gospodarze. Wprawdzie wspaniała pogoda usiłowała osłodzić nam te chwile pożegnań, ale i tak było nam smutno.
Gorąco dziękuję wszystkim uczestnikom VI Spotkania Listopadowego "Listobranie 2010". Dziękuję za wszystko, za miłe słowa, za pracę, za upominki, ale najbardziej za atmosferę tego zakończonego sukcesem kolejnego spotkania przyjaciół i znajomych.
A Klub "Pod Jodłą" po zakończeniu imprezy liczy już 42 członków.
Do następnego "Listobrania 2011", które odbędzie się w dniach 11 - 13.11.2011 r.
|