Strona główna
Galeria fotek - pokoje
Turnusy świąteczne
Spotkania "U Wiecha"
Spotkania listopadowe
Galerie fotek - imprezy
Z ostatniej chwili...
|
|
|
Gdy na początku tego roku , w rozmowie z Piotrkiem padło hasło "Zlot drużyny" byłem pełen niewiary w powodzenie tego przedsięwzięcia. Nie wierzyłem, ale bardzo chciałem. Mój brak wiary brał się stąd, że nie wiedziałem, że tak głęboko tkwią w pamięci moich harcerzy wspomnienia z czasów szarego i zielonego mundurka. A jak głęboko miałem okazję dowiedzieć się dopiero na Zlocie. Ale o tym w dalszej części. I gdy wreszcie z Piotrkiem i Kempesem ustaliliśmy miejsce i termin Zlotu, gdy dziewczyny (czyt. Mysza i Monisia) wypyskowały się już do woli na ten temat (wiadomo było przecież, że nie ma terminu, który pasowałby wszystkim), gdy na forum "naszej-klasy" zaczęły pojawiać się pierwsze posty dotyczące zawartości śpiewnika, dojazdu, itd. dotarło do mnie, że Zlot staje się faktem. I choć w moim życiu zorganizowałem dziesiątki imprez, to przed organizacją tej poczułem tremę. Bardzo chciałem, aby to spotkanie z ludĄmi, z którymi nie widziałem się (i którzy nie widzieli się ze sobą) kilkanaście lat było wyjątkowe. Wymyśliłem znaczek zlotowy, wymyśliłem powtórne wydanie napisanej w 1992 roku z okazji 10-lecia działalności drużyny "Historii 33 Drużyny Harcerskiej...". Próbowałem ułożyć program. Postów na forum pojawiało się coraz więcej, uczestnicy zaczęli żyć przygotowaniami a ja z niecierpliwością czekałem na zgłoszenia. Minął lipiec, było już wiadomo kto przyjedzie, którzy goście odpowiedzieli na zaproszenie. Czekałem jak dzieciak na świąteczną gwiazdkę... Wreszcie... Zlot dla mnie rozpoczął się 22 sierpnia, gdy przyjechała pierwsza uczestniczka, a skończył 2 września, gdy odjechała ostatnia osoba. Jednak najważniejsze były te trzy dni, a właściwie cztery, bo większość uczestników przyjechała w środę i czwartek. W piątek, zgodnie już z programem zlotowym stanęliśmy do apelu. Ba, był nawet pokaz musztry. Okazało się, że wystarczyłoby kilkadziesiąt minut, aby każdy bez trudu po raz kolejny zdobył sprawność "Mistrza musztry", którą w drużynie mieli chyba wszyscy (wszak byliśmy drużyną sztandarową). To było dla mnie pierwszym zaskoczeniem na tym Zlocie, po nim przyszło następne, gdy uczestnicy i goście obdarowali zostali zlotowymi pamiątkami. Było ich mnóstwo - Piotrek, Magda, Kempes, Monisia i pewno jeszcze inni, przeszli samych siebie. Widziałem również zaskoczenie na twarzach innych... Ognisko jednak trzeba było przenieść pod dach, do sali. Ech, ta pogoda... Zasiedliśmy w kręgu, świece - poprosiłem o ich zapalenie Magdę - i wreszcie "Zapłonęło już ognisko". W oczach łzy, łamiące się głosy nie pozwoliły śpiewać (a ja jeszcze musiałem w formie obrzędowej gawędy wszystkich powitać). Po raz trzeci moi harcerze mnie zaskoczyli, myślałem, że to tylko ja jestem jakimś cholernym romantykiem, trochę nie z tej epoki, żyjącym wspomnieniami, a okazało się, że nie było osoby, której łzy wzruszenia nie zakręciły się w oku. Okazało się, że nie tak łatwo wymazać z pamięci wspomnienia sprzed 15 - 20 lat... Zrozumiałem, że Zlot odbywa się dlatego, że chęć przeżycia jeszcze raz razem kilkudziesięciu godzin była silniejsza niż trudności i niewygody, które trzeba było pokonać i doświadczyć by się spotkać. Kominek czy świecowisko (jak kto woli) był krótki. Tradycyjnie gawęda, koncert życzeń, krąg... |
I dłuuuuuga noc. Mnóstwo piosenek (w końcu spotkały się pierwsze głosy drużyny - Mysza, Czarna, Siwa).
Potężna garść obozowych wspomnień, kultowy skecz w wykonaniu Pająka.
Piosenka Roberta napisana specjalnie na Zlot, stare, niezapomniane hity w wykonaniu "Kwoki" - gościa Zlotu, hiszpańskie piosenki "mojej" Magdy. I tak niespodziewanie zaskoczył nas świt. Przed nami była wycieczka na Przegibek.
Magda K. została na gospodarstwie (jak się potem okazało był to dobry pomysł, bo oczekiwanie na nas zaowocowało przepysznymi drożdżowymi bułeczkami, na które każdy chciał mieć przepis) reszta poupychała się do aut i kawalkada ruszyła do Rycerki Górnej. Do miejsca skąd mieliśmy rozpocząć wędrówkę dojechaliśmy we wzorowej kolumnie. Potem było już różnie, ale około godziny 11.00 wszyscy doszli (niektórzy się doczołgali) do schroniska. Powitanie z Anią, jakieś Tyskie czy Żywiec i gitary. W schronisku było mnóstwo turystów, daliśmy czadu, aż się ludziskom gęby ze zdziwienia pootwierały. I znów zaskoczenie - to nie chęć popisania się nami powodowała (ten etap każdy ma już chyba za sobą), to atmosfera tego miejsca, wspaniałe widoki, przepyszna pogoda i fakt bycia razem wyzwoliły w nas taka energię i dawno nie używane umiejętności, że harcerskie i turystyczne standardy brzmiały jak nigdy. W repertuarze znalazł się nawet czeski pląs - "Pionierski mazurek", i wreszcie hit "Góralska opowieść" - mistrzostwo świata. Trzeba było się jednak zbierać. Byłem w grupie (większej), która postanowiła zaliczyć jeszcze Bendoszkę - miejsce Przyrzeczeń Harcerskich, Zobowiązań Instruktorskich. Nie byliśmy tam ponad 15 lat. W miejscu gdzie siadywaliśmy przy ognisku, gdzie wyczekiwaliśmy całe noce na wschody słońca zobaczyliśmy ogromny stalowy krzyż, obok skrzynkę energetyczna, zdezelowaną z lekka niby-scenę... Bez słow wróciliśmy na zielony szlak prowadzący do parkingu. Wieczorem ognisko - wzorowo ułożony stos (Kempes spisał się jak za starych czasów) zapłonął od jednej, Magdowej (znów) zapałki jak pochodnia. Oczywiście znów piosenki, rozmowy, piosenki, wściekle przyprawiona (żyletkami chyba) karkówka z grilla i kolejna długa noc. Było już jednak jakoś smutniej. Każdy czuł, że za kilka godzin rozjedziemy się znów po świecie. Gdy w niedzielę wstaliśmy wyjechała już Mysza, Czarna, do drogi szykowała się Marzena, "Groszki", "Wałcz", Monisia, Robert... Zlot, na który czekaliśmy tyle lat dobiegał końca. I to się czuło... Mam niedosyt, nie udało nam się spotkać z wieloma osobami, które współtworzyły drużynę, obrzędy, obyczaje. Były z nami dłużej niż inni... I doskwiera mi bardzo brak wiedzy na temat: "nie chcieli być z nami czy nie mogli". I to, że wiem, że raczej się nie dowiem tego. W każdym razie, jeśli nie mogli to może jeszcze uda nam się kiedyś spotkać - decydenci z Wałcza przebąkują coś o kolejnym spotkaniu - ja znów jestem sceptykiem, choć entuzjazm jest ogromny! A jeśli nie chcieli, to pragnę przypomnieć, że 33 Drużyna Harcerska "Zielony Płomień" to było zbiorowe dzieło, każdy dołożył tam swoją cegiełkę i w imieniu zlotowiczów pozdrawiam wszystkich nieobecnych i dziękuję za te, właśnie cegiełki. |
![]() |
Moje harcerskie - dziękuję! Dziękuję wszystkim uczestnikom II Zlotu za wspaniałą atmosferę, za wspólną zabawę, za liczne wyrazy sympatii (mam nadzieję, że udało mi się je odwzajemnić), za prezenty, Siwej i Pawłowi za ogromny "bukiet" moich ulubionych "kwiatów", Myszy za przyjaĄń, Komendzie Zlotu za współorganizację imprezy. I za to, że poczułem się znów Waszym drużynowym. |
|
III Zlot 33 DH "Zielony Płomień" przeszedł do historii". Dziękuję uczestnikom i sympatykom tej witrynki za cierpliwość. Obiecałem już dawno zlotową relację ale prozaiczny brak czasu nie pozwolił mi na wcześniejsze zajęcie się tym tematem. Może nie jest to błąd, bo po kilku tygodniach nabiera się właściwego dystansu do imprezy. Pozbawionego emocji... |
|
Po raz trzeci w Wiśle spotkali się harcerze i instruktorzy z 33 Drużyny Harcerskiej "Zielony Płomień". Nie jest mi łatwo zrelacjonować to spotkanie, ale chciałbym to zrobić dla tych, których z nami nie było i dla tych, którzy uczestniczyli w tej zbiórce, lecz chcieliby przeżyć Zlot jeszcze raz. Nie jest łatwo, bo nie chciałbym nikogo urazić, nikogo pominąć w swoim opisie, każdego zauważyć.
Impreza rozpoczęła się w zasadzie 20 sierpnia, gdy do "Jodły" przyjechała Siwa z Pawłem, swoimi sympatycznymi dzieciakami Weroniką i Piotrusiem oraz suczką "marki" schi tsu - Zulą. Już zaczęło być fajnie. Wprawdzie Zula nie polubiła się z Maksem a właściwie Maks z Zulą, ale Zula wróciła do domu cała. Dwa dni póĄniej, w niedziele przyjechała Marzena z rodziną i Czarna z Tomkiem, który na zeszłorocznym Zlocie poprosił ją o rękę. Oświadczyny zostały oczywiście przyjęte, naszą zgodę też otrzymał i właśnie w tym roku przyjechali do Wisły tydzień po swoim weselu - pełni wrażeń, zadowoleni, zakochani, szczęśliwi. Już we wtorek - 24 sierpnia dołączyła do nas Ada z Hubertem, Iwo i Rysiem i wtedy już zrobiło się zupełnie harcersko i zlotowo.We wtorek posiedzieliśmy długo przy ognisku, w środę rodzice zafundowali dzieciom pierwszą wycieczkę ("Stożek") i dojechała wieczorem Magda, a w czwartek na wycieczkę wybrałem się ja. I cztery piękne dziewczyny - Ada, Czarna, Magda i Marzena. Byłem wniebowzięty - w takim składzie celem wycieczki mogła być tylko Barania Góra. W schronisku na Przysłopie zagraliśmy extra koncert - osłodziliśmy chyba turystom pobyt w tym koszmarnie brzydkim obiekcie - klaskali. W drodze powrotnej postanowiliśmy jednak oszczędzić sobie i nogom dreptania po asfalcie i ze Stecówki odebrał nas Karol swoim pojemnym autkiem.
Piątek był już dniem oczekiwania i powitań, w nocy ok. 1.00 przyjechała Izka z Markiem i Kempesem, rano Agnieszka z Jarkiem, który otrzymał szybko ksywkę "Chicago", potem Halina z synem Arkiem i Moniką M.
No właśnie i bym zapomniał - w czwartek dotarła do nas Agnieszka, przesympatyczna koleżanka Magdy (a od Zlotu również nasza!) - instruktorka zuchowa z Wrocławia oraz niezawodna - nasza kochana Monisia.
Do kompletu brakowało tylko Piotrka, Czarka, którzy gnali samochodem ze Szczecina i Moniki, która zabrała się z nimi w Legnicy.
Niestety, ich przyjazd miał nastąpić bardzo póĄno i oficjalne otwarcie Zlotu o godz. 18.00 odbyło się bez ich udziału.Podczas otwarcia każdy uczestnik otrzymał płytkę CD z piosenkami nagrywanymi podczas przygotowań do I Zlotu 33 DH "Zielony Płomień" w Podgajach w 1992 roku i śpiewniczek z nagranymi piosenkami (komplet takich materiałów jest zarezerwowany również zgodnie z obietnicą dla zeszłorocznych uczestników III Zlotu 33 DH, oraz osób, które w zeszłym roku wpłacili wpisowe i nie mogli uczestniczyć w spotkaniu - Agaty K. i Moniki G.) Potem na stół "wjechał" "bigos gazdy", stosowne napoje, rozpoczęło się oczywiście śpiewanie i tak doczekaliśmy przyjazdu ostatnich trzech w/w osób. Impreza wtedy rozpoczęła się jakby od nowa i rano nie wszyscy czuli się niestety wyspani. Pogoda w czasie tych trzech oficjalnych, zlotowych dni nas nie rozpieszczała. W piątek nawet nie rozpaliliśmy ogniska, choć było przygotowane (oczywiście przez Kempesa z pomocą Tomka i Arka), ale za to w sobotę zaplanowaliśmy wypad na Soszów z Jawornika. Impreza zakończyła się po zrobieniu sobie makijażu przez Elizkę w przydrożnym barze i przejściu kilkuset metrów. Nie pozwolimy jej w przyszłym roku na robienie sobie "urody" w plenerze - obudzimy ją po prostu godzinę wcześniej - bowiem ulewa, która spadła na nas niespodziewanie była też zupełnie niecodzienna. Bar "U Fojta" gdzie schroniliśmy się przed deszczem pozwolił na przynajmniej częściową realizację programu mieliśmy, bowiem z sobą gitary i porządnie pośpiewaliśmy. A wieczorem udało się zasiąść przy ognisku. Prawie jedną zapałką rozpaliła je Siwa - |
zdradziła nam potem, że po raz pierwszy w swojej harcerskie karierze została poproszona o obrzędowe podpalenie ogniska. No, cóż widocznie wcześniej nie zasłużyła, choć jest to dziwne, bo była jedną z aktywniejszych i zasłużonych harcerek w drużynie.
A gdyby na zlocie było jeszcze jedno ognisko to z pewnością podpaliłaby je Ada. Za swoje kulinarne wyczyny. W czwartek uraczyła nas wspaniałym leczo, w piątek babką ziemniaczaną, a w sobotę przepysznym gulaszem. Inspiratorem był oczywiście Hubert (!) ale do "garnków" raczej się nie pchał - no może poza tarciem ziemniaków. Ognisko około 22.00 przerwał nam oczywiście deszcz. I znów trzeba było przenieść się na jadalnię, a potem do kuchni, gdzie nie wiedzieć, czemu wszyscy moi przyjaciele i znajomi najchętniej przebywają, choć miejsce to jest najmniej reprezentacyjne i niezbyt wygodne. Tradycyjnie najwytrwalsi powitali z gitarą i piosenką ranek. Każdy jednak starał się, choć na kilkadziesiąt minut przytulić się do poduszki. Najgorzej mieli kierowcy - w niedzielę bowiem czekała ich podróż do domu. Tradycyjnie żurkiem - tym razem z grzybami z beskidzkich lasów znalezionych podczas wycieczek i spacerów - rozpoczęliśmy ostatni dzień oficjalnego zlotu. Potem szybkie pakowanie i znalazł się jeszcze czas na krótką wycieczkę. Tym razem była to Czantoria. Oczywiście i tu deszcz próbował zepsuć zabawę, ale nie zdążył - wcześniej była "czepowana cofola" w czeskim barze, oczywiście gitara i piosenki. A ulewa na finał, na pożegnanie. I rozpoczęły się pożegnania. Na parkingu zaczęło ubywać samochodów, a wieczorem i w nocy zaczęły nadchodzić sms-y z meldunkiem o dotarciu do domów. IV Zlot 33 DH w sympatycznej, przyjacielskiej atmosferze dobiegł końca. W "Jodle" dla osłody abym nie poczuł się tak nagle osamotniony została Marzena z Karolem, Kamilem i Mareczkiem oraz Czarna z Tomkiem. Widać taki kameralny pobyt też ma swoje uroki, bo Czarna miała wyjechać z Wisły w poniedziałek a została do wtorku, Marzena planowała wyjazd na wtorek i też została dzień dłużej. Dziękuję im za to - za towarzystwo i za pomoc w przygotowywaniu pokoi dla następnych gości.
Przy ognisku w sobotę rozwinęła się ciekawa dyskusja na temat przyszłorocznego V Jubileuszowego Zlot. Ze strony Monisi padła nawet deklaracja, że przygotuje dla uczestników śpiewniczek z pląsami i zabawami, myślę, że nie tylko Monisia postara się o jakieś miłe pamiątki z tego spotkania, w każdym razie uważam, że każdy powinien się nad tym zastanowić. Piotr błyskotliwie zauważył, że w zasadzie to dwa kolejne zloty będą jubileuszowymi, bo ten szósty będzie jednocześnie piątym naszym spotkaniem w Wiśle i co ważne będzie to rok, w którym spora część uczestników odchodzić będzie okrągłe ...dzieste urodziny. Oj, się będzie działo.I na koniec, dla podsumowania tego kolejnego spotkania chciałbym podkreślić kilka spraw. Po pierwsze - chyba dobrze się stało, że na zlot można przyjechać z rodziną (wiem, że ci, którzy tak zrobili nie żałują), po drugie - warto potraktować ten wyjazd, jako urlop i przyjechać na dłużej, po trzecie - proszę usilnie, aby nie powtórzyła się sytuacja, gdy w regulaminowym terminie zgłoszenia na zlot było dwoje(!) chętnych, a po czwarte - po raz kolejny chciałbym przypomnieć (była też o tym mowa przy ognisku), że być może są jeszcze osoby, które chciałyby z nami spędzać czas a nie wiedzą o zlotach, nie mają odwagi się przyłączyć, potrzebują jakieś motywacji. Zróbmy coś... Dziękuję najpiękniej jak potrafię za spędzony razem czas, za zabawę, za wspólne śpiewanie, za wędrówkę, za ciągnące się godzinami rozmowy, wspomnienia. Cieszę się, że jesteście - że jesteśmy razem. DO ZOBACZENIA ZA ROK! |
|
V Zlot 33 DH "Zielony Płomień" - informacje dla uczestników
|
|
Już za kilka dni pod "Jodłą" zabrzmi: "Zapłonęło już ognisko...". Rozpocznie się V Jubileuszowy Zlot 33 Drużyny Harcerskiej "Zielony Płomień" oraz jej instruktorów. Jak za dawnych lat będzie apel, rozkaz drużynowego, bieg patrolowy, a potem długie nocne śpiewanie... Z okazji jubileuszu naszych spotkań próbowaliśmy zaprosić na ognisko harcerzy z Wisły, Komendantkę Hufca z Cieszyna. Okazało się, że dzisiejsi harcerze nie potrzebują spotkań, pomocy, wymiany doświadczeń. Może ich po prostu nie ma. Myślę, że byłby to dla nas duży stres. Swego czasu harcerstwo było dla nas wszystkim. Byliśmy dumni z tego, że jesteśmy najlepszą drużyną, perfekcyjnie umundurowaną, rozśpiewaną, wyszkoloną we wszystkich harcerskich technikach. Chyba dzisiejsi harcerze i instruktorzy mocno by nas rozczarowali - może więc lepiej, że nie spotkamy się z nimi... Przy okazji pozdrawiam wszystkich "zielonych", którzy nie mogą się z nami spotkać. Będziemy Was wspominać. |
Strona główna.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Ostatnia aktualizacja: 21.08.2011 r.
©2005 www.jodla.pl
D.W. "Jodła" w Wiśle.